ul. Wandy 7, 53-320 Wrocław +48 882 794 249 biuro@olgarymkiewicz.pl

O syndromie gotującej się żaby

23 listopada 2018 IPTechnicy 0 Comment

Napisała dla Was nasza specjalistka: Marta Dziewierska – psycholog, diagnosta, biegły sądowy z zakresu psychologii

Posiadamy niezwykłą umiejętność dopasowywania się do sytuacji, które Nas spotykają.

Co dzieje się, gdy sytuacje na które się zgadzamy są niekorzystne, długotrwałe, a my nie potrafimy ich przerwać? Możemy przez długi czas znosić smutne dla Nas wydarzenia w wyniku toksycznego związku, zależności emocjonalnej, bądź też nieumiejętności określenia, co dzieje się wokół Nas. Być może właśnie Ty tolerujesz trudną sytuacje tak długo, dopóki się nie wypalisz. Dlatego też chciałabym przybliżyć Tobie historię o żabie, która nie wiedziała, że się właśnie gotuje.

Syndrom gotującej się żaby

O syndromie gotującej się żaby po raz pierwszy wypowiedział się francuski pisarz i filozof Olivier Clark. Jeśli włożymy żabę do garnka pełnego wody i zaczniemy ją podgrzewać, wraz ze wzrostem temperatury żaba zacznie dostosowywać temperaturę swojego ciała. Płaz ten utrzymuje się przy życiu zmieniając swoją temperaturę pod wpływem środowiska. Jednak kiedy woda jest już na granicy zagotowania, żaba oczywiście nie potrafi się dostosować. W tym momencie decyduje się wyskoczyć. Próbuje to zrobić, ale ponieważ wykorzystała całą swoją energię na dostosowywanie się, nie udaje jej się tego zrobić. W końcu umiera. Co zabiło żabę? Zastanów się! Pierwsza Twoja myśl zapewne podpowie Tobie, że była to gotująca się woda… Na pewno? Tak naprawdę żabę zabiła niezdolność do podjęcia decyzji o wyskoczeniu z garnka, wtedy kiedy pozwalałby jej na to siły, czyli mówiąc inaczej miała możliwość, żeby się uratować.

O czym mówi Nam syndrom gotującej się żaby?

Nasz gotujący się płaz uważał, że ma jeszcze czas, aby wyskoczyć z garnka. Założył, że woda nie jest jeszcze na tyle gorąca, żeby nie mógł się dostosować. Przełóżmy teraz tą sytuacje na nasze emocje i funkcjonowanie. Często ‘naginamy się’ do rzeczywistości, w której funkcjonujemy. Robimy to raz, później drugi, trzeci, aż zauważamy, że to jednorazowe „ugięcie się” stało się czymś powszechnym w naszym życiu z czym nie czujemy się dobrze. Po kilku miesiącach pojawiają się kolejne „ugięcia”, a opisywana wcześniej woda staje się coraz bardziej gorąca. Gdy nasz wysiłek emocjonalny zwiększa się stosunkowo powoli może prowadzić do sytuacji, że nie zauważymy kiedy wkradł się on w nasze życie i przybrał nadmierną i niewygodną dla Nas formę. Uzasadnia to brak naszej reakcji i pozwala wyjaśnić dlaczego nie sprzeciwiamy się kolejnemu emocjonalnemu dyskomfortowi. Jeżeli niekorzystne zmiany zachodzą powoli i nie są bardzo wyraźne mogą nie wzbudzić naszego niepokoju, że dzieje się coś złego. Mogą w ten sposób nie stanowić istotnego dla nas bodźca wywołującego jakiekolwiek reakcje lub sprzeciwy. Warto pamiętać, że osoba, która toleruje coś bardzo długo i zużywa na to całą swoją energię, nie będzie miała na tyle zasobów, aby zmienić sytuacje. Zmęczenie emocjonalne może być już tak duże, że nie będziesz miał/-a siły na ochronę siebie przed kolejnym „wzrostem temperatury” w garnku.

Jak wygląda „gotująca się żaba” w Naszej codzienności?

Opisywaną koncepcję można z łatwością odnieść do wielu płaszczyzn z naszego życia- relacji partnerskich, rodzinnych, pracy. Często pozwalamy sobie na trwanie w toksycznych relacjach zakładając, damy sobie radę, zmienimy zachowania partnera, a swoją wytrwałością pokażemy, że wspólnie możemy przenieść każdą górę. Pomimo ciągłego wysiłku emocjonalnego, jesteśmy skłonni wierzyć, że tak trzeba i nie ma innego wyjścia z sytuacji, niż dostosowanie się do tego w czym obecnie funkcjonujemy. Przestajemy wyrażać swoje zdanie, nie czujemy się ważni w relacji, a nie chcąc dolewać oliwy tłumaczymy sobie, że tak musi być. Wierzymy, że innym kobietom też jest ciężko godzić obowiązki domowe z macierzyństwem i pracą. Przystajemy na to, że partnerzy coraz mniej angażują się w domowe sprawunki czy opiekę nad dzieckiem. Nie protestujemy kiedy Nasi rodzice nadmiernie ingerują w funkcjonowanie naszych rodzin. Nie chcemy urazić nikogo, więc pozwalamy na „wchodzenie sobie na głowę” z jednoczesnym tłumaczeniem, że przecież to nic złego, że ktoś chce Nam pomóc. Nie chcemy widzieć, że owa pomoc wcale nie jest Nam potrzebna i oferowana jest w nieakceptowany dla Nas sposób. Pozwalamy sobie na krytykowanie sposobu wychowywania dzieci, porządku w mieszkaniu czy relacji z partnerem. Przymykamy oko na kąśliwe komentarze i zaciskamy zęby z myślą, że przecież za kilka chwil cotygodniowe spotkanie z rodzicami się skończy. Po kilku godzinach przez głowę przechodzi Nam myśl, że właściwie nie stało się nic złego, a może mama/ tato mieli rację, co do bałaganu w domu, nieprzyprawionej zupy czy niewyrośniętym cieście. Ulegamy wszechobecnemu poglądowi o „wrednych teściach” i nie umiemy postawić granicy tak, aby zachowanie innych nie niszczyło Nas samych. Spotykamy się ze znajomymi, którzy obarczają Nas swoimi problemami nie pozostawiając przestrzeni na nasze wypowiedzi. Po każdym spotkaniu obiecujemy sobie, że nigdy więcej nie pozwolimy sobie na taką formę wspólnego spędzania czasu, a mimo to od wielu lat spotkania wyglądają tak samo. W pracy pozwalamy sobie na trwanie w niezdrowych relacjach ze współpracownikami lub szefostwem. Nie protestujemy w obliczu obraźliwych komentarzy ze strony przełożonego tłumacząc sobie, że być może dzisiaj ma zły dzień albo pewnie miał na myśli coś innego. Tolerujemy sytuacje, kiedy przybywa Nam nowych obowiązków w pracy, czasem wykonujemy pracę za koleżankę, żeby wyrobić się przed „deadline” . Nie mówimy głośno o swoich potrzebach, bo przecież z pracą jest ciężko, a ta którą posiadamy jaka by nie była jest stabilna, a wypłata zawsze jest na czas. Jeżeli pozwolimy innym, aby wykorzystywali Nas fizycznie, emocjonalnie, duchowo czy umysłowo, będą nadal to robić. Zacznijmy decydować o tym kiedy skoczyć! Musimy zrobić to, dopóki posiadamy siłę. Zapominamy, że zbyt długie tolerowanie rzeczy w ten sposób nie prowadzi do niczego, prócz problemów i granicy wytrzymałości. Kiedy najmniej się tego spodziewamy obudzimy się w ekstremalnej sytuacji, której nie będziemy w stanie już dłużej znosić. Będziemy musieli skoczyć, uciekać lub przynajmniej wymyślić plan ucieczki z danej sytuacji lub toksycznego związku czy relacji. Jednak do tego czasu możemy być już ciężko ranni i nie mieć siły na zmianę swojej sytuacji.

Co zrobić, aby nie dać się „ugotować”?

Pamiętaj , że czasem warto powiedzieć „dość!”. Pomaga Ci to zagwarantować satysfakcję ze swojego życia i skupić się na sobie samym. Postaraj się zrobić to w odpowiednim momencie, zanim zatracisz samą/ samego siebie.

Nie warto przez całe życie oglądać się na innych, czasem należy wziąć sprawy w swoje ręce.

Podejmij wysiłek i szczerze zastanów się, czy czynności, które codziennie wykonujesz, nie przerastają Cię- zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Miej kontrolę nad swoim życiem- zanim spełnisz kolejną prośbę otoczenia, zastanów się, czy nie jesteś wykorzystywana/-y. Jeśli czujesz się choć odrobinę niekomfortowo, oznacza to, że powinnaś/powinieneś coś zmienić.

Jeśli wydaje Ci się, że nie masz już siły, by wyprostować swoje sprawy, nie wahaj się prosić o pomoc psychologa/ psychoterapeutę. Praca nad sobą pozwoli Tobie na odkrycie siebie, regenerację sił i podjęcie decyzji, które pomogą Tobie dojść do równowagi.

Pamiętaj, nie warto dać się „ugotować”! 😊

Marta Dziewierska – psycholog, diagnosta, biegły sądowy z zakresu psychologii

Facebook
Facebook
Facebook
Twitter
Twitter
Twitter
Google Plus
Google Plus
Google Plus
Instagram
Instagram
Instagram